Jak zacząłem fotografować?

Krótko mówiąc – kiepsko.

Nie miałem pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Jak dobierać czasy naświetlania, przysłony, czułości filmu, o kompozycji nawet nie wspomnę. Mój aparat nie miał magicznego guzika, za pomocą którego każdy kadr, w cudowny sposób, stawał się ikonicznym dziełem sztuki. Oooo nie. Szczerze mówiąc, to patrząc na archiwalne zdjęcia, nie wiem czy śmiać się, czy płakać. 🙂 A moje pierwsze portrety, hmm…. no cóż oszczędzę sobie wstydu
i zostawię je w czeluściach archiwum.

Dzisiaj fotografia jest wszechobecna i każdy jest fotografem.

To zdanie powtarza się bardzo często na forach fotograficznych, grupach facebookowych i w rozmowach ludzi z branży. Dla niektórych jego wydźwięk jest negatywny, choć dla mnie to po prostu znak czasu.
Wiem jedno, choć każdy robi zdjęcia, to nie dla wszystkich fotografia jest największą pasją. Ja żyję tym medium.
Codziennie rano wstaję z myślą o tym, jakie zdjęcie mogę zrobić, czego nowego mogę się nauczyć np. z oświetlania. Żałuję, gdy pewne momenty mi umykają, a jest ich niezliczenie wiele . Tak już mam i nie zamieniłbym tej obsesji na nic innego!

Odkąd pamiętam, chciałem zajmować się czymś kreatywnym. Trochę rysowałem, grałem na gitarze, aż pewnego dnia dostałem mój pierwszy aparat Zenit.
I co? Czy nagle doznałem jakiegoś olśnienia i moje zdjęcia znalazły się na okładce National Geographic?
Nic z tych rzeczy.

Szczerze mówiąc, to chyba nie wypstrykałem nawet jednego filmu. Zwyczajnie nie złapałem tego bakcyla, albo było dla mnie po prostu za wcześnie. Fotografia musiała poczekać kilka długich lat.
Nie istniał instagram, Facebook, kurcze, internet dopiero wtedy raczkował…. Cholera, chyba jestem jednym z tych gości, którzy jeszcze pamiętają początki tego szaleństwa. 😉

Być jak Joe McNally, Sam Abell albo Steve McCurry…

Jak już wspomniałem, początki tej drogi są trudne i dlatego tak ważne jest, by mieć swoich mistrzów. Ogromny wpływ na mój rozwój
i wrażliwość obrazu, zawsze wywierali fotograficy National Geographic. Idealizowałem styl życia, patrzyłem z zachwytem na ich zdjęcia
i marzyłem, by choć w niewielkim stopniu zbliżyć się do ich umiejętności. Fotografia, po prostu przenosiła mnie, w jakiś zupełnie inny wymiar.

Więc zacząłem robić zdjęcia. Dużo i słabo. Ale ciągle z zapałem i ciekawością dziecka odkrywałem nowe techniki i metody budowania obrazu. Jeszcze przede mną kawał ciężkiej roboty i długie lata poszukiwań. I to jest w tym wszystkim najlepsze. Ta ciągła, niekończąca się przygoda z aparatem.
Zatem jeśli dopiero zaczynasz, nie przejmuj się, jeśli coś Ci nie wychodzi. Wyluzuj, wypij kawę, zainspiruj się i szukaj swojej drogi. Z czasem zrobisz fotę, która będzie drogowskazem dla innych.

 

p.s. Zdjęcie otwierające post zrobiłem na koncercie zespołu „Manchester” w klubie Od Nowa w 2006r.

FK

Share This:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.